Sojusz Lewicy Demokratycznej

image_intro_alt

Raport o stanie świata

(„Fakty i Mity” nr 49/2018)

Ludzi na Ziemi jest coraz więcej, ale stanowimy zaledwie 0,01 proc. wszystkich stworzeń żywych na naszej planecie. Mimo to, zdążyliśmy już wybić na niej około 83 proc. wszystkich ssaków i około połowę roślin. Odbudowanie tego, co zniszczyliśmy, zajęłoby 5-7 mln lat. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które wie, że niszczy planetę i ostatnim, które może coś z tym zrobić.

Naukowcy biją na alarm: „stoimy na skraju przepaści”, „rozpoczęło się szóste masowe wymieranie Ziemi”, „żyjemy na kredyt, każdego roku przejadając o połowę więcej zasobów, niż Ziemia jest w stanie odbudować”, „pędzimy ekspresem, a tempo niszczenia życia na Ziemi, w kilku zaledwie ludzkich pokoleniach odpowiada uderzeniu asteroidy o wielkości Chicxulub (tej która zgładziła dinozaury – przyp. red.), ten ekspres musi się wykoleić”.

Pandemia, Armagedon – takie katastroficzne wizje, bez względu na to, jak bardzo uzasadnione, w rzeczywistości nikogo nie przekonują. Jedni w nie zwyczajnie nie wierzą, inni bagatelizują, jeszcze inni uznają, że skoro i tak za chwilę „szlak nas wszystkich trafi”, trzeba korzystać z tych dni, które nam zostały i pić do dna.

Nieskuteczność dramatycznych wizji i budowanych na nich działań, doskonale pokazuje zawarte w 2015 r. ogólnoświatowe Porozumienie paryskie, które zakładało, że ograniczenie globalnego ocieplenia do wartości znacznie poniżej dwóch stopni Celsjusza, uchroni nas przed groźbą daleko posuniętej zmiany klimatu. Dziś już wiadomo, że z założonych celów nici. Nie dość, że wzrostu temperatury na Ziemi nie uda się nam utrzymać na założonym poziomie, to jeszcze możemy go dwukrotnie przekroczyć.

Niszczymy Ziemię bez umiaru i zmierzamy do katastrofy. Jak mówią naukowcy, jesteśmy pierwszym pokoleniem, które o tym wie, poznało rozmiar i tempo zniszczeń, jakich dokonuje gatunek Homo Sapiens, ale i niestety ostatnim, które jeszcze coś może z tym zrobić. Prawda jest jednak taka, że aby zatrzymać kataklizm, ludzkość musiałaby globalnie zrezygnować z konsumpcjonizmu, a wszystkie państwa świata uznać ochronę przyrody za priorytet i już dziś zgodzić się na ścisłą ochronę 50 proc. ziemskich zasobów. Tylko czy naprawdę ktoś wierzy, że to realne?

Ekspres śmierci

Badacze, którzy dokładnie analizują zmiany na naszej planecie, muszą przeżywać gigantyczną frustrację, mając świadomość pędu, z jakim te następują. Spróbujmy więc i my, na chwilę wejść w ich buty i pochodzić w nich z wiedzą, która naukowcom spędza sen z powiek.

Najświeższych danych o stanie Ziemi dostarcza opublikowany niedawno wspólny raport międzynarodowej organizacji ekologicznej – WWF i londyńskiego Instytutu Zoologicznego. Wynika z niego m.in., że począwszy od 1970 roku, czyli zaledwie w 40 lat, ludzkość wybiła ponad 60 proc. populacji ssaków, ptaków, ryb i gadów. Jak porównuje Mike Barrett, dyrektor wykonawczy ds. Nauki i Ochrony Przyrody WWF: „Gdyby nagle nastąpił spadek populacji ludzkości o 60 proc., byłoby to równe wymarciu Ameryki Północnej i Południowej, Afryki, Europy, Chin i Oceanii”.

Z powodu ogromnego rozrostu rolnictwa (wg danych Banku Światowego obecnie 37,7 proc. powierzchni lądu to ziemia uprawna lub pastwisko, z czego 75 proc. wykorzystuje się na potrzeby żywienia i hodowli zwierząt gospodarskich) najbardziej ucierpiały systemy słodkowodne. Populacja dzikich zwierząt w rzekach i jeziorach spadła o 83 proc. Za chwilę z powierzchni ziemi na dobre zniknie ponad 300 gatunków ssaków, na skutek zabijania ich w celu zyskania pożywienia. Jeśli twoje dziecko ma dziś 5-6 lat, jako dorosła osoba, nie zobaczy już jeży, których siedliska nagminne niszczymy, nie pozna też piękna rafy koralowej, która umiera w wyniku ogrzania wód w morzach i oceanach. Za 20 lat może nie być afrykańskich słoni, a do końca stulecia niedźwiedzi polarnych i pingwinów.

Globalny handel wprowadzając do ekosystemu inwazyjne gatunki i choroby, już dziś dziesiątkuje gady. W Ameryce Środkowej i Południowej średnia populacja kręgowców spadała o 89 proc. Zagrożonych jest też 41 proc. populacji płazów i 60 proc. naczelnych. Tylko u naszych sąsiadów – w Niemczech w ciągu zaledwie trzech dekad odnotowało 75-proc. spadek liczby owadów latających. Cały świat boryka się z problemem niknącej populacji pszczół.

W tropikalnej sawannie zwanej cerrado (ekoregion położony na terenie Brazylii i Paragwaju – przyp. red.) co dwa miesiące wycinany jest obszar lasów równy powierzchni Wielkiego Londynu (1579 km kw.). W samej Brazylii w 2017 r. wycięto lasy o wielkości miliona boisk piłkarskich! Niszczenie tak cennych ekosystemów lądowych jak lasy, odpowiada za około 15 proc. globalnej emisji CO2. Im więcej CO2 w atmosferze, tym temperatura na Ziemi wyższa. Rok 2016 r. jako trzeci z rzędu okazał się najcieplejszym od czasu, kiedy rozpoczęto pomiary temperatury na Ziemi, czyli od 1880 r. W 2015 r. w Grenlandii temperatury w kwietniu skoczyły z – 20 st. C do 5-7 st. C, co spowodowało gwałtowne topnienie lodowca na 12 proc. jego powierzchni. Od XIX w. średnia globalna temperatura powierzchni naszej planety wzrosła o 1,2 stopnie Celsjusza, a jak wskazuje Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu ONZ (IPCC), granica bezpieczeństwa kończy się na 1,5 stopniowym wzroście. Naukowcy IPCC wskazują, że jeśli emisje gazów cieplarnianych wytwarzanych na skutek działalności homo sapiens nie zostaną zredukowane w najbliższych latach o 45 proc., to ten „bezpieczny” poziom 1,5 st. C zostanie przekroczony już w 2040 roku.

Dodatkowym i nie mniej nurtującym problemem są… śmieci. Jednym z największych „zaśmiecaczy” Ziemi jest plastik. Produkcja tego tworzywa wzrosła dramatycznie w ostatnim czasie. W 1964 r. szacowano ją na 15 mln ton, a w 2016 r. już na 335 mln ton rocznie i stale rośnie. Większość wytwarzanego na świecie plastiku przeznaczona jest do produkcji opakowań. Rocznie do oceanów trafia 8 mln ton plastiku. Wyspa śmieci (Great Pacific Garbage Patch), która rozciąga się w północnej części Oceanu Spokojnego pomiędzy Hawajami a Kalifornią jest 5 razy większa od Polski, a tworzy ją 3 mln ton odpadów. Ludzkość produkuje obecnie (plastik i inne śmieci) 2 mld ton odpadów rocznie, a jak prognozuje Bank Światowy do 2050 r. będzie ich 70 proc. więcej. Za 1/3 śmieci odpowiadają kraje wysokorozwinięte, w których żyje zaledwie 16 proc. ludzkiej populacji. Obróbka odpadów jest odpowiedzialna za pięć proc. globalnych emisji CO2.

To wszystko, to oczywiście tylko wycinek negatywnego wpływu człowieka na naszą planetę. Obszarów, w których dokonuje się dewastacji ziemskich zasobów, jest znacznie więcej. Najdziwniejsze jednak wydaje się to, że większość przedstawicieli naszego gatunku nie przekłada dzieła zniszczenia, jakiego człowiek dokonuje na Ziemi, na ich własny los. W krajach bogatych, zwanych cywilizowanymi, skutki te bowiem jeszcze nie dotykają ich bezpośrednio. Niestety, miliony ludzi z biedniejszych państw doświadcza ich na co dzień.

Miecz obosieczny

Zachłanna rabunkowa polityka homo sapiens, zniszczyła różnorodność biologiczną na Ziemi, o którą sama natura potrafiła niegdyś doskonale zadbać. Utrata bioróżnorodności dla rozmaitych organizmów, począwszy od „dobroczynnych” bakterii po duże ssaki, wieści zagładę. Jak informuje magazyn „Nature”, ponieważ najczęściej giną gatunki dla nas korzystne, a przeżywają takie, które biorą udział w szerzeniu wielu zakaźnych chorób, ludzie już zaczynają zbierać żniwo tego, co zasiali. W ekosystemach zaczyna brakować naturalnych barier dla patogenów (czynników chorobotwórczych takich m.in. jak bakterie, wirusy, grzyby czy robaki pasożytnicze) więc ich ilość wzrasta. Przykładem może być choćby bakteryjna borelioza.

– Kiedy dochodzi do fragmentacji lasu, ubywa m.in. oposów – torbaczy żyjących na kontynencie amerykańskim. Jest to gatunek stanowiący dla przenoszenia boreliozy silny bufor – tłumaczy „Nature” Richard Ostfeld z Cary Institute of Ecosystem Studies w Millbrook (USA). – Jednocześnie przeżywają myszy z gatunku Peromyscus leucopus, których obecność sprzyja zwiększaniu liczby przenoszących boreliozę kleszczy, jak i samych, wywołujących tę chorobę bakterii.

Niepohamowany rozrost populacji ludzi może tylko zwiększyć skalę, w jakiej kontaktujemy się z nowymi patogenami. A ludzi ma być coraz więcej. Międzynarodowy zespół naukowców kierowany przez Patricka Gerlanda z ONZ i Adriana E. Raftery’ego z Uniwersytetu Waszyngton w Seattle dowodzi na łamach „Science”, że w 2100 r. na Ziemi liczba homo sapiens sięgnie nawet 13,2 mld osobników.

Tymczasem już dziś, nasza planeta, gospodarowana w rabunkowy sposób, nie jest w stanie zaspokoić potrzeb niecałych 8 mld ludzi. Statystyki Międzynarodowej Organizacji Żywności ONZ (FAO) podają, że na świecie chronicznie głoduje 815 milionów ludzi. Jednym z powodów poszerzającego się zjawiska głodu i niedożywienia są wojny, ale drugim klęski żywiołowe wywołane zmianami klimatycznymi i towarzyszącym im wzrostem cen żywności. W 2017 r. liczba osób dotkniętych ciężkim niedożywieniem wynosiła 124 mln i wzrosła o 11 milionów w porównaniu z rokiem 2016. Klęski żywiołowe spowodowane zmianami klimatu stwarzają problemy żywnościowe 39 mln osób w 23 państwach.
Dodatkowo analizy Międzynarodowej Organizacji Zdrowia ONZ (WHO) pokazują, że już niedługo dwie trzecie ludzkości będzie miało problemy z dostępem do wody. Jak to możliwe, skoro 3/4 powierzchni naszego globu to morza i oceany?

– Ogromna większość wody na Ziemi jest słona – tłumaczą eksperci WWF. – Tylko 3 proc. zasobów stanowi woda słodka, której 70 proc. uwięzione jest w lodowcach. Oznacza to, że woda dostępna do picia to zaledwie 1 proc. światowych zasobów wodnych.

Tymczasem ilość wody słodkiej zdatnej do picia kurczy się, po pierwsze z powodu suszy czy powodzi, a po drugie z powodu zanieczyszczeń. Obecnie ponad miliard ludzi nie ma dostępu do wody zdatnej do picia, a 2,6 mld żyje w złych warunkach sanitarnych. W Afryce i Azji, gdzie ten problem jest największy, co roku ponad milion dzieci umiera na biegunkę i inne choroby wywołane spożyciem skażonej wody lub brakiem dostępu do sanitariatów.

Gdy jednych zabija głód i pragnienie, inni umierają z powodu zanieczyszczenia powietrza czy skutków efektu cieplarnianego takich jak malaria czy stres cieplny. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, co roku przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza umiera 12,6 mln ludzi. Polska również nie jest wolna od tego problemu. Co więcej, znajduje się w czołówce krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.

Z kolei zmiany klimatu, spowodowane efektem cieplarnianym odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i południowo-wschodniej Azji, a do 2030 r. ich liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. zgonów rocznie.

Zasadniczo jeśli chodzi o demografię, zaludniać się będą przede wszystkim Afryka i Azja. Według prognoz ONZ, w 2030 r. populacja Afryki będzie wyższa niż obecnie 448 milionów ludzi, czyli przekroczy 1,7 mld, zaś Azji o 443 miliony, co daje blisko 5 mld mieszkańców. Jedynym kontynentem, którego populacja się skurczy (o 3 mln) będzie Europa. Oznacza to, że najwięcej ludzi będzie tam, gdzie pojawiać się będą największe problemy z dostępem do żywności, wody i czystego powietrza. To będzie rodzić konflikty społeczne i zmuszać ludzi do migracji, w poszukiwaniu środowiska do przeżycia. Niestety wraz z migracjami przenosić się też będą choroby.

W obliczu tych wszystkich danych, prawdopodobnie, tak jak powiedziała dr Cristiana Paşca Palmer – sekretarz wykonawczy oenzetowskiej Konwencji ds. różnorodności biologicznej (CBD – ang. Convention on Biological Diversity ), możemy być pierwszym gatunkiem, który udokumentuje swoje własne wymieranie.

Nie wszystko stracone?

Rzeczywiście, badacze twierdzą, że istnieje szansa na zahamowanie tej wielkiej destrukcji. Mówią jednak, że obecnie to już dosłownie ostatni dzwonek. Jeśli teraz nie wykorzystamy szansy, za kilka czy kilkanaście lat, gdy ludzkość będą trawić kolejne klęski żywiołowe, wojny i choroby, tego procesu zatrzymać już się nie da.

Dlatego obecnie najważniejszym zadaniem jest zatrzymanie negatywnego wpływu człowieka na środowisko, ochrona tego, co jeszcze zostało i przywrócenie różnorodności biologicznej na Ziemi.

Żeby jednak to osiągnąć potrzeba czegoś, czego dotąd w historii ludzkości nie udało się osiągnąć – globalnego porozumienia środowiskowego, porozumienia ponad podziałami, ponad interesami poszczególnych grup wpływu, ponad wielką polityką. Istotą takiego porozumienia musiałaby być zgoda i gotowość wszystkich państw na wyodrębnienie w ramach swoich terytoriów stref chronionych, które łącznie odpowiadałyby wielkością połowie całej Ziemi. Kto myśli, że to realne?

Przecież patrząc na realizację wspomnianego tu już Porozumienia paryskiego, przyjętego przy aklamacji niemal wszystkich państw, a mającego skonsolidować siły wszystkich decydentów na globie w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym, nie sposób nie być w tej sprawie sceptycznym. Większość deklaracji państw, które przystąpiły do porozumienia, pozostaje w sferze życzeń lub istnieje wyłącznie na papierze. Jeśli dodatkowo uznać, że nowe porozumienie, musiałoby mieć jakiegoś nadzorcę sprawującego kontrolę nad wykonaniem poszczególnych punktów umowy, i że zapewne zostałyby nim Stany Zjednoczone, to nic tylko śmiać się przez łzy. USA z Donaldem Trumpem, który nawet mając przed nosem 1600-stronicowy dokument naukowców, dowodzący zmian klimatycznych na Ziemi, nie chce uznać za fakt globalnego ocieplenia, byłyby tak samo znakomitym „wykonawcą” tychże umów, jak nasz rodak Jan Szyszko, był znakomitym obrońcą środowiska.

Mimo to badacze i ekolodzy zwierają szyki, by w do chroniącego 50 proc. ziemskich zasobów porozumienia doprowadzić i to szybko. Liczą, że uda się im to podczas najbliższego Szczytu Bioróżnorodności w 2020 r.

Utopia? Zapewne. Dlatego o wiele ważniejsze wydają się oddolne inicjatywy i indywidualne wybory, które dziś podejmują prośrodowiskowe organizacje oraz jednostki. To one bowiem przez edukację, kampanie informacyjne i dobre praktyki, zachęcają ludzi do zmiany postaw, przetasowania priorytetów, ograniczenia konsumpcji i przekonują do zasadności naciskania na polityków, by ci ekonomicznie gospodarowali zasobami.
Każdy z nas może do tych oddolnych ruchów dołączyć i to już dziś: ograniczając jedzenie mięsa, nie kupując produktów na bazie oleju palmowego, ograniczając nabywanie nowych produktów, recyklingując odpady, bojkotując plastikowe opakowania, budując domy zasilane energią ze źródeł odnawialnych, wspierając ekologiczne rolnictwo i polityków o prośrodowiskowych poglądach, oszczędzając wodę, nie marnując jedzenia, itp.

Środowiskowa rewolucja nie zaistnieje bez ruchów oddolnych. Pytanie tylko czy jesteśmy gotowi opuścić strefę własnego komfortu na rzecz dobra wspólnego? Czy jesteśmy w stanie zrobić to zanim głód czy zaraza zapukają do naszych drzwi? Na razie jeszcze mamy wybór, ale czas nie działa na naszą korzyść.

    Autor: Blanka Florczyk

 
 

Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera!
W związku z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 2016/679 o ochronie danych, wyrażam zgodę na gromadzenie, przetwarzanie oraz wykorzystywanie przez Sojusz Lewicy Demokratycznej przekazanych przeze mnie danych osobowych w celach informacyjnych i promocyjnych związanych z działalnością SLD, w celach administracyjnych na użytek newslettera, w szczególności wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną newslettera oraz informacji o przedsięwzięciach organizowanych lub współorganizowanych przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, a także informacji o bieżących wydarzeniach politycznych. Czytaj dalej...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Rozumiem