Sojusz Lewicy Demokratycznej

image_intro_alt

"Ale Platforma kradła więcej"

Prezes PiS Jarosław Kaczyński© PAP / Bartłomiej Zborowski Prezes PiS Jarosław Kaczyński

TAKI MAMY KLIMAT || ”Ale Platforma kradła więcej” – do takiej sentencji można sprowadzić zeszłotygodniowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance. Do tej pory PiS był partią „prawych i sprawiedliwych” obecnie jednak coraz częściej prezentuje się jedynie jako „mniejsze zło”. Tłumacząc się z rzekomych afer, rządzący powoli ulegają narracji PO. Co więcej, PiS zaczyna wchodzić w buty Platformy – zamiast pracować nad wizją państwa, ogranicza swój przekaz do straszenia Tuskiem.

 

W jednym z niedawnych tekstów pisałem, że nad PiS-em zaczyna krążyć widmo imposybilizmu; partia rządząca spowolniła, jej triumfalny pochód został zatrzymany. Teraz prezes dał kolejny przykład na poparcie tej tezy.

Kaczyński zaczął swoje blisko półgodzinne wystąpienie całkiem nieźle – od wskazania ekonomicznych aspiracji Polaków. Co prawda wyłożona przez niego socjalna tzw. „pozytywna” definicja wolności jest czymś, z czym się nie mogę zgodzić w żadnym stopniu (należy rozróżnić wolność jako taką od praw, zasiłków czy przywilejów), ale sam wstęp był dobry. Odwoływał się do tego, co partia ma do zaoferowania Polakom. Później było tylko gorzej.

Esencja półgodzinnego wystąpienia brzmiała mniej więcej tak: „nie jesteśmy idealni, popełniamy błędy, są wśród nas złodzieje… ale spójrzcie na Platformę! Ci to się dopiero nakradli”. Problem w tym, że wyborcy nie da się uwieść zapewnieniami, że jest się złodziejem, ale kradnie się trochę mniej niż ci z drugiego obozu. Demokracja niemal zawsze polega na wybieraniu mniejszego zła, ale sami wyborcy nie lubią się do tego przyznawać; wolą tkwić w przekonaniu, że wybierają „tych prawych i sprawiedliwych”.

Afery i aferki

KNF, Polexit, zarzuty dotyczące posad dla rodzin partyjnych działaczy – rządzący wyraźnie złapali zadyszkę. Ta zadyszka nie musi przesądzić o wyniku zbliżających się wyborów, ale niewątpliwie stanowi dla rządzących zagrożenie.

Strategia obrana przez Kaczyńskiego (posypanie głowy popiołem przy jednoczesnym uderzeniu w przeciwników) ma jedną podstawową wadę – wpisuje się de facto w narrację opozycji, podpiera opowieść Platformy zamiast opowieści Prawa i Sprawiedliwości.

Problemem PiSu-u jest to, że nie rozpoznał właściwie zagrożenia. Tym zagrożeniem nie są rzekome afery, tylko kulawa narracja opowiadana Polakom, problemem jest nadszarpnięty wizerunek PiSu jako partii sprawczej, partii skutecznej.

Same afery i aferki pozostają dla większości Polaków niezrozumiałe. Kilka dni temu w „Faktach po faktach” TVN24 zaproszeni eksperci z poważnymi minami zastanawiali się, co wyborcom najbardziej wbiło się w pamięć w związku z KNF. Czy łapówka, czy groźba przejęcia banków za złotówkę, czy może „arogancja PiS”. Było to dość kuriozalne i wskazywało na zupełny brak rozeznania w sprawie i myślenie życzeniowe. Kwestia Komisji jest na tyle skomplikowana i niejednoznaczna, że nawet część komentatorów politycznych nie była w stanie przekazać w zrozumiały sposób, czego cała historia dotyczyła. Skoro ludzie, którzy zawodowo zajmują się przekazywaniem informacji, mieli problem w opowiedzeniu całej sprawy, to jak miał sobie poradzić przeciętny Kowalski?

KNF nie może być porównywane choćby z Amber Gold czy aferą reprywatyzacyjną, gdyż w tych dwóch aferach szkoda była jak najbardziej realna i dotkliwa. Na tych oszustwach ucierpieli prawdziwi ludzi, potracili często majątki życia. Takich rzeczy nie da się przykryć tępą propagandą medialną. Tymczasem KNF jest dla społeczeństwa kwestią abstrakcyjną. Oddaloną od ich codziennego życia.

Ba, jestem przekonany, że 90 proc. Polaków do niedawna nie zdawało sobie sprawy, że taka instytucja w ogóle istnieje. Pamiętam jak na jednym z protestów KOD-u, pewna rozemocjonowana uczestniczka wyjaśniała, że dopóki PiS nie doszedł do władzy, to ona nawet sobie nie zdawała sprawy z tego, że jest takie coś jak Trybunał Konstytucyjny (którego na tymże marszu właśnie broniła). Teraz sprawa wygląda podobnie (tylko że samo KNF jest jeszcze mniej medialne od TK).

Krzysztof Łapiński stwierdził, że cała sprawa „jest mniej sexy od afery Rywina” i miał całkowitą rację. Skoro nie da się wskazać konkretnych ofiar, skoro sprawa jest tak skomplikowana, skoro medialnie jest po prostu mało przebojowa, to nic dziwnego, że fakty zostają wyparte przez partyjną przynależność. Przestaje się liczyć istota afery, zaczynają rządzić partyjne sympatie.

Wystarczy porozmawiać ze zwolennikami opozycji (co szczerze polecam wszelkim prawicowym redaktorom, którzy – mam wrażenie – żyją często w jakiś środowiskowych bańkach, odcięci od reszty społeczeństwa), żeby przekonać się, że koronnym argumentem „przeciw PiS” jest sprawa rzekomej łapówki w wysokości 40 mln zł. Łapówki, o której na słynnych taśmach nie ma ani słowa…

Opozycja jednak nie zważając na te trudności od tygodni przekonuje o „największej aferze III RP”. I sondaże, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że wyborcy nie kupią tego. PiS jednak zamiast wyśmiać PO, stara się z jednej strony tłumaczyć całą sprawę, z drugiej pokazać siłę i działać zdecydowanie, z trzeciej znowuż posypywać głowę popiołem. To jedynie młyn na wodę opozycji. Tłumaczą się? Bardzo dobrze, znaczy, że mają coś na sumieniu.

Polexitowe szaleństwo

Największym absurdem jednak pozostaje kwestia polexitu. Rzekome wyjście Polski z Unii Europejskiej pod rządami PiS-u jest pomysłem tak oderwanym od rzeczywistości, że nawet część posłów PO zaczęło łagodzić przekaz, twierdząc, że Kaczyński jedynie „nieświadomie” wypycha Polskę z UE (wariant na Camerona).

Tym bardziej niezrozumiałe są usilne starania polityków Prawa i Sprawiedliwości w dowodzeniu, że żadnego polexitu nie planują, czym jedynie nakręcają cały temat. Prezes Kaczyński, premier Morawiecki, prezydent Duda – najważniejsze osoby w państwie co chwila zaprzeczają, że naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę polexitu nie szykują.

„Jeśli tak gwałtownie zapewniają, że nie mają zamiaru wyjścia z UE, to tym większy trzeba mieć sceptycyzm” – stwierdził niedawno Leszek Balcerowicz. Ta konstatacja wydaje się tyleż śmieszna co znamienna. Skoro zaprzeczają, to znaczy, że jest coś na rzeczy – taki jest przekaz opozycji. Działa ta sama zasada co z KNF.

Milczenie jest złotem

Groźba polexit jest tak absurdalnym tematem, że nikt poza naprawdę najdorodniejszymi okazami lemingów, nie przywiązuje do niej uwagi. Pomysł, że to akurat opowieść PO o kaczystowskich planach wyjścia z Unii miała zdecydować o przegranej PiS-u w dużych miastach podczas ostatnich wyborów również jest nietrafiona. Rządzący politycy, którzy ją powtarzają (dodając oczywiście, że wszystko jest manipulacją itp.), albo nie wiedzą czym wytłumaczyć porażkę więc strzelają na oślep, albo stracili kontakt z wyborcami i (co gorsza dla PiS-u) uwierzyli w narrację PO – uwierzyli, że polexit jest tematem, który interesuje Polaków.

Cała „afera” dotycząca wyjścia z UE nie jest na tyle poważna, aby nie dało się jej zmarginalizować. Owszem, gdy wybucha poważna afery to żywotnym interesie rządzących jest szybka interwencja, pokazanie skuteczności, odcięcie chorej kończyny. Ale afera musi być poważna.

Polexit tymczasem nie jest sprawą na miarę choćby afery taśmowej, którą Tusk zlekceważył, za co następnie słono zapłacił (może już nie on sam, gdyż uciekł do Brukseli, tylko jego partia). Wtedy nawet najwięksi wyborcy PO przyznawali, że „coś” jest na rzeczy, a całość nie wygląda zbyt ładnie. Dzisiaj sytuacja jest wprost odwrotna – w polexit wierzą JEDYNIE radykalni zwolennicy Platformy. Tusk olał większość społeczeństwa, która domagała się wyjaśnień kwestii nagrań, Kaczyński z troską pochyla się nad grupką lemingów, tym samym uwiarygodniając ich teorie.

PiS zrobiłby zatem samemu sobie największy prezent, gdyby sprawę polexitu zbywał milczeniem, ewentualnie ironicznym lekceważeniem. Chociaż o jedno i drugie zapewne jest ciężko, gdy w szeregach swojej partii ma się takich posłów jak Krystyna Pawłowicz czy Dominik Tarczyński, a na dodatek na horyzoncie majaczą jeszcze rzesze płomiennych szermierzy patriotyzmu pokroju Adama Andruszkiewicza. Milczenie jest złotem i nie każdego na nie stać.

PiS bez planu

Cała ta sytuacja jest dla PiS-u o tyle niebezpieczna, że zadyszka jaką partia złapała nie wynika z potknięć czy afer, ale braku szerszego planu, braku pomysłu, co można zaproponować społeczeństwu.

Opozycja chwilowo przejęła pałeczkę, ale (na szczęście dla rządzących) chyba sama nie zdaje sobie sprawy, dlaczego się tak stało i zamiast kontynuować temat symbolizmu politycznego, próbując złamać narrację PiS, woli się skupiać na samych aferach, do których to Polacy mają raczej ambiwalentny stosunek.

Z drugiej strony jednak widać, że i sam PiS nie widzi, gdzie tkwi prawdziwe zagrożenie. Idąc w 2015 roku do wyborów partia Kaczyńskiego miała pewną wizję państwa. Opierała się ona w dużej części na krytyce PO, ale również i na własnych pomysłach oraz planach. Natomiast słynne już „500 plus”, które obecnie stało się politycznym bożkiem, te 3 lata temu było jeszcze jedynie uzupełnieniem kampanii, a nie jej fundamentem.

Dlatego też najgorsze co PiS mógłby zrobić, to skupić się na „obronie” tego programu, strasząc, że opozycja zabierze to czy inne świadczenie. „500 plus” już na stałe wbiło się w polityczny krajobraz Polski (inną sprawą jest czy to dobrze, czy źle), a ludzie coraz mniej są wdzięczni za nie PiS-owi, a coraz bardziej traktują je jako prawo nabyte. Dlatego opozycja zrezygnowała z prób udowadniania, że świadczenie jest niesprawiedliwe czy nieracjonalne. Dlatego też nikt nie będzie obiecywał jego zniesienia. Skoro nikt nie obiecuje, że je zniesie, to po co PiS ma tracić czas i energię na jego obronę?

„Straszenie” opozycją, która czyha, aby odebrać Polakom świadczenia, może być ewentualnie uzupełnieniem kampanii. Jeżeli jednak PiS ograniczy swój przekaz jedynie do tego (a na to się zanosi), to podzieli los Platformy, która pod koniec swoich rządów stała się własną parodią, a kolejne próby straszenia potwornym Kaczyńskim uderzały w samą PO.

Z jednej strony ośmieszały Platformę, która wydawała się mieć jakąś obsesję Kaczyńskiego, a na wszelkie zarzuty dotyczące ich rządów odpowiadała: „tak, mamy swoje wady, ale jak nie my, to zostaje wam Kaczor do wyboru”; z drugiej strony ten histeryczny atak nadawał PiS-owi wizerunku jakieś partii wyklętej, jakiegoś niemal romantycznego nimbu, co w dobie internetu doprowadziło jedynie do wzrostu jej popularności.

Albert Einstein przekonywał, że głupotą jest robić daną rzecz któryś raz z rzędu w dokładnie taki sam sposób, oczekując innych wyników. PiS powinien wziąć sobie to do serca, gdyż straszenie Platformą daleko ich nie zaprowadzi.

Mówiąc wprost – jeżeli PiS po wyborach w 2019 roku chce nadal mieć większość w Sejmie, musi pokazać wyborcom, że ma plan na Polskę; musi odzyskać inicjatywę, przestać posługiwać się symbolami opozycji i zaproponować własne. Dokładnie tak jak zrobiono to trzy lata temu.

Artykuł wyraża poglądy autora i nie musi być odzwierciedleniem stanowiska redakcji.

    Autor: Jan Fiedorczuk; DoRzeczy

    Fot: Onet.pl

 

Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera!
W związku z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 2016/679 o ochronie danych, wyrażam zgodę na gromadzenie, przetwarzanie oraz wykorzystywanie przez Sojusz Lewicy Demokratycznej przekazanych przeze mnie danych osobowych w celach informacyjnych i promocyjnych związanych z działalnością SLD, w celach administracyjnych na użytek newslettera, w szczególności wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną newslettera oraz informacji o przedsięwzięciach organizowanych lub współorganizowanych przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, a także informacji o bieżących wydarzeniach politycznych. Czytaj dalej...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Rozumiem